Strona główna

Historia

Dyskografia

Teksty

Galeria

Heroes

Wywiady

Księga Gości

Linki

Kontakt

"KOCHAMY ŻYCIE"

Love Like Blood, niemiecki duet dobrze znany wszystkim miłośnikom rocka gotyckiego, powitał nowe tysiąclecie w nietypowy sposób - wydając album "Chronology Of Love-Affair", dokumentujący dwie dekady szeroko pojmowanej muzyki gotyckiej. To jedyna okazja by usłyszeć Love Like Blood wykonujących utwory z repertuaru takich grup jak Joy Division, The Cure, The Cult, Killing Joke, ale również... Marilyn Manson czy Tiamat.

Jak powstawało "Chronology Of Love-Affair", według jakiego klucza Love Like Blood dobierali repertuar, który znalazł się na tym albumie i kiedy możemy spodziewać się kolejnej regularnej płyty zespołu - o to wszystko Jarosław Szubrycht zapytał Gunnara Eysela, lidera formacji.


W jakich okolicznościach przyszedł wam do głowy pomysł na tak wyjątkowy album, jakim jest "Chronology Of Love-Affair"?

To była jedna z tych wyjątkowych chwil, taka, którą przeżyć można zaraz po przebudzeniu, kiedy najbardziej szalone pomysły przychodzą ci do głowy. Ponad rok temu, w lutym, przeżyłem właśnie taką chwilę. Olśnienie. Przeważnie pomysły tego typu łatwo zapomnieć, albo zbyt szybko przestają być aktualne i kuszące, zdecydowaliśmy się więc wprowadzić go w życie niemal natychmiast.


Powiedz, jak mamy traktować "Chronology Of Love-Affair"? Nie jest to lista zespołów, które wpłynęły na twórczość Love Like Blood, nie jest to chyba też historia muzyki gotyckiej w pigułce?

Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że zawartość tej płyty nie ma nic wspólnego z zespołami, które wpłynęły na muzykę, którą wykonujemy na co dzień w Love Like Blood. No, może z nielicznymi wyjątkami, bo twórczość takich zespołów, jak Joy Division, Bauhaus czy Sisters Of Mercy, miała swojego czasu wielki wpływ na kształtowanie się stylu Love Like Blood. Nie jest to również zestaw naszych ulubionych utworów wszech czasów, nic z tych rzeczy. "Chronology Of Love-Affair" powinieneś traktować jako dokument, który przedstawia w wielkim uproszczeniu dwudziestoletnią historię muzyki gotyckiej.


Dlaczego podzieliliście płytę na cztery rozdziały?

Myślę, że w ten sposób łatwiej zrozumieć ewolucję, której uległ gotyk. Moim zdaniem muzyka zmienia się w falach, które następują mniej więcej co pięć lat. Oczywiście, nie sposób tu mówić o naprawdę dokładnym i arbitralnym podziale, ale różnice pomiędzy poszczególnymi etapami rozwoju muzyki widać wyraźnie. Dotyczy to nie tylko muzyki gotyckiej, ale również każdej innej. Sięgnij po jakąkolwiek płytę sprzed pięciu lat, a od razu zauważysz różnicę w produkcji, w sposobie komponowania i aranżowania poszczególnych instrumentów. Poza tym z biegiem lat wszystkie gatunki muzyczne przeobrażają się, bo wpływają na siebie nawzajem, czasem nawet łączą się, tworząc całkiem nową jakość.


Założę się, że wybór 16 utworów, które miały zilustrować dwudziestoletnią historię gotyku, nie był najłatwiejszym zadaniem?

Na szczęście obyło się bez kłótni. Jesteśmy już wystarczająco dojrzali, żeby wiedzieć, że jeśli zaczniemy wykłócać się o każdy utwór, do niczego nie dojdziemy. Przez te dwie dekady pojawiły się setki interesujących zespołów, które zostawiły po sobie tysiące godnych uwagi kompozycji. Poszliśmy więc na łatwiznę i z każdego okresu wybraliśmy cztery pierwsze zespoły, które przyszły nam na myśl, a dopiero potem zastanawialiśmy się, który utwór z ich repertuaru powinniśmy wykonać.


Skoro udało wam się uniknąć kłótni, to nagrywanie tego typu płyty musiało być niezłą zabawą?

Kiedy tylko przyszedł mi do głowy ten pomysł, wiedziałem, że będzie to zasłużona przerwa od praktykowanego przez nas od lat rytuału - komponowanie płyty, nagrywanie jej, promowanie, potem komponowanie następnej... Tym razem postanowiliśmy przede wszystkim dobrze się bawić, chociaż w trakcie opracowywania materiału okazało się, że musimy włożyć w to znacznie więcej pracy, niż spodziewaliśmy się na początku. Nie mogłem wiedzieć, że tak ciężko mi będzie odtworzyć wszystkie szczegóły tych kompozycji, czy wczuć się w ich klimat każdego utworu. Musieliśmy nie tylko dbać o to, by nie zepsuć oryginalnej kompozycji, ale również o to, by przemycić do niej coś z naszego stylu. Nie jesteśmy debiutantami i nie mogliśmy pozwolić sobie na utratę własnej tożsamości.


Czy któryś z utworów sprawił wam wyjątkowo dużo kłopotów?

Przez niektóre z nich rzeczywiście nabawiłem się bólu głowy... Kiedy słucham ich w oryginalnym wykonaniu, podchodzę do muzyki jak każdy fan, nie zastanawiam się, dlaczego coś brzmi tak, a nie inaczej, nigdy nie rozkładam utworu na poszczególne instrumenty. Tym razem musiałem rozebrać je na czynniki pierwsze i wielkie było moje zaskoczenie, gdy zrozumiałem, jak niektóre z nich są proste. Na przykład "Lucretia My Reflection" The Sisters Of Mercy to bardzo prosty motyw na basie, grany w kółko przez sześć minut. Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że można zrobić taki numer, myślałbym, że będzie śmiertelnie nudny... Minęło trochę czasu, zanim zrozumiałem, że można i tak. Problemy pojawiły się też przy nagrywaniu "Wasteland" The Mission, bo długo nie wiedzieliśmy, jak utrafić w charakterystyczną atmosferę tej muzyki.


Niektóre z utworów to dla mnie prawdziwe niespodzianki. Chodzi mi przede wszystkim o kompozycje z repertuaru Paradise Lost, Marilyn Manson i Type O'Negative.

Zależało nam nie tylko na przedstawieniu korzeni muzyki gotyckiej, tego, co oczywiste i dla każdego zrozumiałe, ale również zjawisk w tej muzyce nowych, w pewnym sensie nawet poza nią wykraczających. Zaczęło się od Paradise Lost, który jest z pewnością jednym z pierwszych zespołów łączących gotyk z metalem. Potem pojawiły się inne i dzisiaj metal gotycki to już żadna nowość. Nie wiem, czy Marilyn Manson to jeszcze gotyk czy już coś całkowicie innego, ale wiem, że artysta ten posługuje się wszystkimi gotyckimi stereotypami, często sięga po bardzo podobne brzmienie gitar czy na gotycką modłę aranżuje utwory. Wszystko to, co robi dzisiaj Marilyn Manson, widzieliśmy już wcześniej w wykonaniu zespołów gotyckich. Marilyn Manson to wspaniały dowód różnorodności muzyki gotyckiej.


Nagraliście również "Copycat" z repertuaru grupy Lacrimosa, której lider jest jednocześnie szefem waszej wytwórni, Hall Of Sermon. Może Tilo zagroził, że jeśli nie uwzględnicie jego twórczości, on nie wyda tej płyty?

Dokładnie tak! Powiedział nam: Jak nie nagracie "Copycat", wylatujecie na bruk! (śmiech) Mówiąc poważnie, Lacrimosa nie należy do naszych ulubionych zespołów, ale jest to wyjątkowa formacja, której wkładu w rozwój muzyki gotyckiej nie sposób nie dostrzec. Szczególnie w Niemczech odnieśli ogromny sukces i nie mogło dla nich zabraknąć miejsca na "Chronology Of Love-Affair". Kiedy rozmawialiśmy z Yorckiem o zespołach, które trafią na tę płytę, Lacrimosa została wymieniona jako jeden z pierwszych i ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości, co do słuszności wyboru.


Twoim partnerem z Love Like Blood jest twój rodzony brat, Yorck. Jak myślisz, czy pokrewieństwo ułatwia, czy utrudnia wam współpracę?

Trudne pytanie. Myślę, że na dłuższą metę takie bliskie pokrewieństwo może ułatwić wiele spraw. Kiedy pracujesz w zespole, potrzebujesz dobrych wibracji, musisz się świetnie rozumieć z ludźmi, z którymi przebywasz tak długo i tworzysz muzykę. Dobra atmosfera potrzebna jest szczególnie wtedy, kiedy nie dzieje się najlepiej, kiedy oczekiwane sukcesy nie nadchodzą. Przeżyliśmy w Love Like Blood niezliczoną ilość zmian składu, ludzie przychodzili i odchodzili, a my musieliśmy ciągle pilnować, żeby to wszystko jakoś się kręciło. Do tego wszystkiego dochodziły ciągłe pytania dziennikarzy, dlaczego tamten facet zrezygnował z gry z nami, a tego zastąpił jeszcze inny. W końcu doszliśmy do wniosku, że niepotrzebnie trwonimy energię i zamiast koncentrować się wyłącznie na muzyce, niańczymy coraz to nowych muzyków. Postanowiliśmy, że Love Like Blood będzie duetem, a w razie potrzeby zawsze będziemy mogli skorzystać z pomocy wynajętych muzyków sesyjnych. I wtedy skończyły się problemy, kłótnie i spory. Teraz liczy się tylko muzyka i jest nam z tym dobrze.


Nie jest to trochę kłopotliwe - przed każdą trasą i sesją nagraniową rozglądać się za muzykami?

Tak się akurat złożyło, że wciąż z nami grają ci sami muzycy, którzy nagrali płytę "Enslaved + Condemned", i nic nie wskazuje na to, byśmy w najbliższym czasie mieli zrezygnować z ich usług. Nie są jednak pełnoprawnymi członkami zespołu, po prostu dostają kasę za to, co robią.


O ile się nie mylę, w najbliższym czasie nie dacie im zarobić, bo zamierzacie wziąć sobie dłuższy urlop i nie grać na razie koncertów, prawda?

Tak, to prawda. Nie chcemy promować "Chronology Of Love-Affair" trasą koncertową, bo to przecież nie jest nasz materiał i nie wyobrażam sobie, byśmy mieli grać program w większej części złożony z cudzych utworów. Nie chcę, żeby ludzie nabrali o nas mylnego wrażenia. Tym bardziej nie ma sensu jechać teraz na trasę, na której nie pojawi się nic z "Chronology Of Love-Affair", bo wiem, że fani będą tego oczekiwać. Poza tym, jak już wspomniałem, praca nad tym wydawnictwem zajęła nam dużo więcej czasu niż się spodziewałem, więc ostro zabraliśmy się za komponowanie nowego materiału Love Like Blood, bo we wrześniu chcemy wydać kolejną płytę. Wtedy na pewno pojedziemy na trasę.


Czy myślisz, że doświadczenie związane z nagrywaniem "Chronology Of Love-Affair" wpłynie w jakikolwiek sposób na wasz autorski materiał?

Wpłynie i to w większym stopniu niż mógłbyś przypuszczać. Jak już wspomniałem, podczas przygotowywania "Chronology Of Love Affair" zaskoczyła mnie prostota niektórych utworów, które jednak brzmiały wspaniale. Wpłynęło to bardzo na sposób, w jaki komponuję nowe utwory. Koncentruję się przede wszystkim na melodiach, nie przesadzam ze skomplikowanymi i wymyślnymi aranżacjami, nie marnuję czasu na niepotrzebne szczegóły. Poza tym na nowej płycie będzie więcej elektroniki.


Yorck zajmuje ważne stanowisko w wytwórni Nuclear Blast i ma na co dzień kontakt z ekstremalnym metalem. Czy myślisz, że może to mieć wpływ na muzykę Love Like Blood, że będziecie grać coraz ostrzej?

Wątpię. Dobrze jest posłuchać innej muzyki, orientować się w tym, jak grają inni, ale raczej nie grozi nam granie metalu. Kochamy muzykę gotycką i nic tego nie zmieni. Love Like Blood nigdy nie będzie zespołem metalowym, tak jak nigdy nie będzie zespołem wykonującym muzykę pop czy techno.


W utworze "Like A Bird", który znalazł się na "Enslaved + Condemned", Yorck śpiewa, że nie ma nic równie ekscytującego niż samo życie. Naprawdę tak uważacie?

Oczywiście! Wydaje mi się, że każdy człowiek kocha życie. Zdarzają się i ponure momenty, kiedy mamy wszystkiego dość i łatwo wtedy się zagubić, popaść w depresję. A jednak bardziej naturalny jest głód życia. Nawet gdy jest źle, trzeba pamiętać, że skoro przeżyliśmy już wiele pięknych chwil, to na pewno nie mniej wspaniałych czeka na nas w przyszłości. Kochamy życie. Na pewno nie jesteśmy oddziałem samobójczym. (śmiech)


Dziękuję za wywiad.